S

S

MA

Premium Sound

MIP

Polpak

środa, 28 listopada 2012

Zestaw Rega Brio-R, Apollo-R i RS3 – zapowiedź opisu

Odebrałem dziś przesyłkę zawierającą zestaw sprzętu audio brytyjskiej firmy Rega. W ów komplet wchodzą: kolumny podłogowe Rega RS3, wzmacniacz Rega Brio-R oraz odtwarzacz płyt kompaktowych Rega Apollo-R. Jak widać na zdjęciach poniżej, urządzenia te mają bardzo kompaktowe rozmiary, jednak ich dźwięk wcale taki nie jest. Tak, to sprzęt z pułapu "entry level", ale to więcej niż zwykła budżetówka. Zestaw ten zdobył wiele nagród i duże uznanie wśród melomanów. Zyskał też miano "systemu marzeń" w brytyjskim czasopiśmie branżowym Hi-Fi Choice. Ciekawy więc jestem jak komplet Rega sprawdzi się u mnie.

Zapraszam za kilkanaście dni na szczegółowy opis systemu Rega.

Rega Brio-R, Rega Apollo-R i kolumny Rega RS3 zostały wypożyczone od polskiego dystrybutora marki Rega - firmy this.pl Audio.



wtorek, 27 listopada 2012

Monitory Studio 16 Hertz Canto One







Wstęp
Studio 16 Hertz, pomimo z obca brzmiącej nazwy, jest firmą rodzimą. Z Polski, a konkretnie z Tychów (lub Tych, jak kto woli). Jej właścicielem oraz głównym konstruktorem jest pan Grzegorz Rogala. Studio 16 Hertz to manufaktura doskonale znana wielu miłośnikom dobrego dźwięku – przede wszystkim w Polsce, ale także coraz częściej i zagranicą. Firma w swojej ofercie ma kilka modeli kolumn, jeden z nich Minas Anor IIIs niedawno opisywałem, wywarły one wówczas na mnie bardzo pozytywne wrażenie zarówno pod względem estetyki wykonania, a także dźwięku. Czytelnika zainteresowanego dokładnym opisem kolumn Minas Anor IIIs zapraszam TUTAJ.
Na tegorocznej wystawie Audio Show w Warszawie zostały po raz pierwszy publicznie zaprezentowane nowe monitory noszące wdzięczną nazwę Canto One, gdzie grały w towarzystwie wzmacniacza lampowego Ming Da MC-34A (test TU). Rozpoczynają one nową firmową serię kolumn podstawkowych, na którą składają się (oprócz Canto One) także Canto Two, Canto Three – gdzie model One jest najwyższy w serii, a Three – najniższy. Ową grupę uzupełnia kolumna centralna Canto Center.

Do mnie zaś trafiły monitory Canto One. Zostały one wypożyczone bezpośrednio z firmy Studio 16 Hertz.

List od konstruktora Canto One
Od właściciela i konstruktora Studio 16 Hertz, pana Grzegorza Rogali otrzymałem następujący list szczegółowo wyjaśniający ideę budowy oraz opisujący konstrukcję Canto One. List cytuję w całości.

Kolumny Canto to nowa rodzina kolumn podstawkowych, która niebawem zostanie dołączona do naszej oferty i będzie umieszczona na stronie internetowej Studia 16 Hertz. W jej skład wchodzą trzy modele i jeden głośnik centralny.Wspólną cechą tych zestawów jest zbliżony wymiar zewnętrzny, wszystkie mają pochylenie frontowej ścianki (poza głośnikiem centralnym) i oparte są o 14 cm przetworniki. Kolumny te mogą pracować jako pełno zakresowe monitory jak i zostać użyte do wysokiej klasy dźwięku 5-cio czy 7 -kanałowego zarówno przy odtwarzaniu koncertów, jak i filmów w systemie kina domowego lub dźwięku wielokanałowego niedekodowanego.

Trzy modele Canto One, Two, Three, czyli po kolei każdy.
Cennik przedstawia się następująco:
Canto 1 - 3990 pln/para
Canto 2 - 3490 pln/para
Canto 3 - 2 890 pln/para
Canto Center - 1890 pln/szt

Prezentowany model to kolumna, która została wybrana na prezentację Audio Show 2012 naszego pokoju wystawowego. W tym roku prezentacja miała odbywać w myśl formuły ”niedrogo, a dobrze”.

Kolumienki te zbudowane są w oparciu o przetworniki skandynawskie i skandynawsko-pochodne. Midwoofer ma membranę z wytłaczanego polipropylenu, cewkę 38mm średnicy, solidny układ magnetyczny i kosz z aluminium. Tweeter to jedwabna kopułka 28mm chłodzona ferrofloidem na aluminiowym karkasie, front jest także aluminiowy. Zwrotnice umieszczone są na płytce drukowanej miedziowanej i cynowanej dla lepszej przewodności. To produkt niemieckiego Intertechnika. W środku cewka powietrzna I.T., kondensatory Audyn Cap QS, Jentzen oraz rezystory metalizowane. Kable z miedzi beztlenowej o przekroju 1,5 mm. Wszystkie połączenia są lutowane - nie ma żadnych wsuwek.

Terminal połączeniowy jest pojedynczy, znajduje się na tylnej ściance, akceptuje wtyki bananowe, widełki jak i gołe kable do 6mm średnicy. Otwór bass reflexu znajduje się na tylnej ściance w osi głośnika wysokotonowego.

Skrzynka to MDF grubości 19mm, zaś front ma aż 38 mm grubości!  Przód kolumny jest pokryty lakierem młotkowym w odcieniu półmat z charakterystycznym „wcięciem” w obszarze głośnika wysoko tonowego. Skrzynka została wykonana technologią obrabiarek CNC, materiał łączony ma kąt 45 stopni z zamkiem. Wszelkie naprężenia w materiale będące wynikiem „pracy ” drewna zostały wyeliminowane. Fornir nakładany na prasie na przygotowane formatki to czereśnia amerykańska z dodatkowym barwnikiem. Całość wykończona lakierem odkrytoporowym.

Budowa i wrażenia ogólne
Pan Grzegorz Rogala w powyższym liście w zasadzie wyczerpał temat budowy Canto One, jednak nie napisał jakie konkretnie głośniki są użyte do ich konstrukcji. Pozwoliłem sobie podpytać o ten niezwykle ważny element. Uzyskałem odpowiedź, że głośniki średnio-niskotonowe pochodzą od duńskiego Dynaudio – to model 15 W38-04, zaś tweeter to izraelski Morel. Bardzo intrygujący zestaw.

Jak monitory prezentują się, widać na zdjęciach, ale muszę szczerze przyznać, że wykonanie stolarki, położenie forniru stoi na wysokim poziomie jakościowym, a także pochylenie przednich ścianek bardzo przypomina mi kolumny PMC Twenty.21 które niedawno opisywałem TUTAJ.
Wypada tylko jeszcze powiedzieć, że Canto One są ładne i mogą być ozdobą salonu.

Zastosowane głośniki średnio-niskotonowe Dynaudio, z charakterystycznym obramowaniem z gładkiej stali oraz typowo dla tej firmy ukształtowaną membraną, a także pomalowanie frontu na matową czerń powodują, że Canto One kojarzą się stylistycznie nie inaczej jak z duńskimi monitorami firmy Dynaudio. Warto zwrócić uwagę, że płyta czołowa po bokach została ścięta łagodnym półokrągłym cięciem. Ten zabieg przynosi niewątpliwy zysk estetyczny, ale jego zamysłem było najprawdopodobniej zapobieganie dyfrakcji i rezonansów dźwięku.







Warunki odsłuchu
Monitory Canto One przyłączałem do dwóch wzmacniaczy: Calyx CTI oraz Hegel H100. Kolumny odniesienia to Vienna Acoustics Mozart Grand oraz Rega RS3, źródła - odtwarzacz płyt Musical Fidelity A1 CD-PRO oraz gramofon Clearaudio Emotion, a także komputer MacBook. Kable to komplet Organic Audio. Przedwzmacniacz gramofonowy – PreAmplifikator II. Szczegółowa lista używanego sprzętu znajduje się na końcu niniejszego tekstu.

Dźwięk
Większość dostępnych na rynku monitorów charakteryzuje się tym, że to nie niskie tony są ich domeną albo inaczej – monitory zazwyczaj mają za zadanie głównie skupiać się na średnicy, ukazywać jej bogactwo, liczne niuanse, a także na sopranach. Bas dla monitorów to zakres mocno obcięty od dołu. W kolumnach podstawkowych Canto One jest trochę inaczej, bo niskie tony są bardzo wyraźne i mocne, co nie oznacza, że nie są ograniczone u dołu, bo są, ale mniej niż u wiele innych monitorów. Jednocześnie owy bas jest silny, skupiony – motoryczny i jędrny. O gęstym stanie ciężkości. Naprawdę byłem pod wrażeniem, że Canto One napełniły całe 30 m2 pomieszczenia odsłuchowego mocnymi i sprężystymi niskimi tonami. Bezproblemowo. Być może o „wielkości” basu zadecydował fakt, że monitory stały odsunięte około metr od tylnej ściany, a ujścia bass-refleksu były skierowane dokładnie na tą ścianę. Warto jednak zauważyć, że bas mimo, że obfity, to nie przykrywał pozostałych zakresów, które były dobrze czytelne i wyraziste.
Cały przekaz monitorów odbiera się jako szybki i tętniący życiem, ale nie za ofensywny, dobrym na ten styl będzie określenie - fizjologiczny. Canto One dobrze radzą sobie z dynamiką, w tym i przy szybkim, gwałtownym narastaniu dźwięku. Dobrze reprodukują kontrasty dynamiczne.

W tym miejscu muszę nadmienić, że Canto One mają bardzo ładną stereofonię – to, że „znikają” z pokoju odsłuchowego to oczywistość w tym pułapie jakościowym, a także fakt, totalnego „odrywania się” dźwięku od krawędzi skrzynek głośników. Dodatkowo, panorama, horyzont odsłuchowy są niezwykle szerokie, przestrzenne – nieomal dookolne, choć to przecież stereo. Dźwięk „wychodzi” poza obrys kolumn o jakiś metr w lewo i prawo, a także daleko w głąb. A to niełatwa rzecz.  Bez wątpliwości pod względem budowania sceny i stereofonii tyskie monitory przynależą do wysokiej klasy, wyższej niż by sugerowała ich cena. Podobnie rzecz ma się z rozdzielczością, – bo ta również jest tu większa niż można się spodziewać – nie jest idealna, ale wyborna, doskonale pozwalająca odróżniać jeden ton od drugiego, poszczególną parę skrzypiec w większym składzie orkiestrowym. Dźwięk jest obficie nasycony szczegółami, mikro-wybrzmieniami. Nie ma wrażenia zlewania się dźwięku w masę, nachodzenia na siebie poszczególnych tonów – jest dokładność, jest precyzja. W stopniu ponad standardowym w tej klasie cenowej, powtórzę.

Środek pasma ma przyjemną miękkość i liczne wybarwienia tonów powodujące, że wokale brzmią prawdziwie, lecz z dużą dozą emocji, a także ukazywania ich struktury, kolorystyki. Podobnie sprawa ma się z dźwiękiem fortepianu – jest barwny, śpiewny i nasycony; struny ładnie i długo drgające, a pogłosy dalekie, subtelnie kreślone i niegasnące zbyt szybko. Średnica jest wyrównana, dobrze zszyta z górą i dołem pasm. Nie jest wysunięta do przodu, jest na linii głośników.
Wysokie tony są lekkie, aczkolwiek szczegółowe. Nieszeleszczące, bez szklistości. Dryfujące w stronę neutralności, lecz już nie naturalności, ponieważ zbytnia drapieżność to pojęcie dla nich obce. Soprany są detaliczne i ładnie rozdzielcze, lecz nie są ostre. Jedynie kilka płyt i to tych gorzej nagranych, kaleczyło uszy podczas odsłuchów, więc mogę napisać, że wysokie tony są gładkie, co nie oznacza, ze wygładzone, bo maja wyraźną strukturę przestrzenną. Słuchając wysokich tonów, nie ma się poczucia, że czegoś tam brakuje, choć znam też kolumny, które więcej informacji z tego zakresu wyciągają, wydobywają na powierzchnię, ale kosztują znacznie drożej. Coś, za coś – a Canto One (w swojej cenie) i tak soprany mają wyśmienite.

A gdzie strony ujemne?
Ten podrozdział nazwałem przewrotnie „strony ujemne”, ale trudno mi pisać o takowych w Canto One. Mógłbym „coś” na siłę znaleźć, doszukać się gdzieś jakiejś niekonsekwencji w dźwięku, podbicia zakresu, czy braku najniższych tonów. Jednak przy cenie 4 000 zł za parę monitorów z Tychów jakoś nie składa się mi by pisać o ich słabszych stronach. Ponieważ monitory są pięknie wykonane na wysokiej jakości komponentach, mają dobrze skrojony, wyrafinowany dźwięk – za podobną europejską konstrukcję trzeba by zapłacić 2 lub nawet 3 razy więcej. Czego więc tu się czepiać? Może tego, że nie mają z przodu przylepionego emblematu ATC, PMC lub Dynaudio, a Studio 16 Hertz? Bo klasa wykonania oraz dźwięku Canto One to poziom światowy. Zresztą, gdy popatrzeć (i posłuchać) na inne firmowe kolumny, to widać, że pan Grzegorz Rogala dokładnie wie, co zrobić, aby dźwięk jego produktów był wyśmienicie skomponowany, a cena rozsądna, bo polska. Tak też jest w przypadku Canto One.







Podsumowanie
1. Studio 16 Hertz Canto One to piękna stolarka, naturalny drewniany fornir. Wysokiej klasy zastosowane przetworniki – na dole Dynaudio 15 W38-04, a na górze jedwabny tweeter Morel.
2. Dźwięk mocny, skupiony, nasączony muzyką w stopniu wyśmienitym. Co ciekawe, bas większy (i niższy), niż by wskazywały monitorowe gabaryty. Wspaniała stereofonia, duża przestrzeń z wyborną lokalizacją źródeł pozornych. Średnica harmonijna, dociążona i gęsta – wyraźna. Soprany nieco przygaszone, ale wystarczająco rozdzielcze – niemęczące, nieagresywne.
3. Canto One łączą w sobie energię i subtelność, są szybkie, ale tętnią emocjami. Zapewniają rasowy, kulturalny oraz intrygujący dźwięk, który warto poznać.
4. Więcej niż uczciwa proporcja jakość/cena. Za polskie 4000 zł (czyli około 1000 Euro) otrzymuje się polski produkt w wysokiej europejskiej klasie i jakości, za który trzeba by zapłacić znacznie więcej gdyby nie był to wyrób rodzimy.

Sprzęt używany podczas testu
Wzmacniacze: Calyx CTI (test TU) oraz Hegel H100 (test TU).
Źródło cyfrowe: odtwarzacz płyt Musical Fidelity A1 CD-PRO oraz komputer MacBook.
Źródła analogowe: gramofon Clearaudio Emotion oraz przedwzmacniacz gramofonowy PreAmplifikator II (test TU), a także Referencyjny Tuner Radiowy UKF FM Amplifikator (test TU).
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand i Rega RS3.
Okablowanie: komplet Organic Audio (test TU) oraz komplety serii Red i Gray firmy Audiomica Laboratory.
Akcesoria: podstawki pod monitory VAP, stoliki audio VAP oraz Ostoja T-3, panele akustyczne (10. sztuk) Vicoustic Wave Wood (test TU), stopy antywibracyjne Rogoz-Audio BW40 (test TU) pod wzmacniaczem Hegel H100, kolce antywibracyjne GFmod Audio Research pod wzmacniaczem Calyx CTI, platforma antywibracyjna Rogoz-Audio 3SG40 (test TU) pod gramofonem, Dust Caps RCA firmy Sevenrods (test TU).

Link na stronę producenta Studio 16 Hertz - TUTAJ.

niedziela, 25 listopada 2012

Wzmacniacz zintegrowany Calyx CTI - Calyx The Integrated














Wstęp
Do niedawna Korea Południowa kojarzyła się wyłącznie z masową (i doskonałą jakościowo, trzeba dodać) elektroniką produkowaną przez tak znane firmy jak Samsung, Daweoo, LG i jeszcze kilka innych.
Jednak od kilku lat Korea to także, liczący się w świecie audio-stereo, gracz. Takie marki jak Aura, Stello, Eximus (te trzy to własność firmy April Music), Styleaudio, Aurender, Bakoon Products, Novatron (producent CocktailAudio X10), czy Calyx / Digital & Analog przebojem wkraczają na salony melomanów, zdobywają uznanie audiofilów i liczne nagrody recenzentów. Zaś Calyx to jest nazwa, o której w ostatnim czasie naprawdę głośno. Śmiało można napisać, że robi niezwykłą furorę.

Marka Calyx
Firma Digital & Analog powstała w 1999 roku z myślą o produkowaniu wzmacniaczy cyfrowych tzw. klasy D. Wkrótce potem D&A rozpoczął współpracę z Samsung Electronics przy opracowywaniu technologii amplifikacji cyfrowej oraz wykorzystania półprzewodników. W tym czasie D&A zarejestrował wiele oryginalnych patentów, których innowacyjność pozwoliła na finansowanie dalszego rozwoju. Pozyskano bowiem zewnętrze źródła kapitału – inwestorami stały się takie giganty jak Hyundai/Kia Motor Group, Venture Capital GE, Korean Development Bank i inne.  Zaprojektowano i rozwinięto różne algorytmy PCM-PWM włączając w to procesory dźwięku oraz systemy amplifikacji cyfrowej, które to technologie następnie sprzedano wielu firmom z segmentu audio.

W roku 2008 zmieniono firmową strategię – zdecydowano o stworzeniu własnej marki high-end, którą nazwano Calyx (słowo to oznacza kielich kwiata, a inspiracją dla nazwy „Calyx” był wiersz chińskiego poety). Stało się tak, ponieważ zarząd Digital & Analog doszedł do wniosku, że większość światowych firm audio nie wykorzystuje w pełni możliwości technologicznych zawartych w idei amplifikacji cyfrowej (ICE-Power). Na początek zostały opracowane, więc monobloki o mocy 500 Wat – otrzymały nazwę Calyx 500 Mono.
Rok 2011 przyniósł premierę asynchronicznego przetwornika cyfrowo-analogowego Calyx opartego o komponenty Xmos oraz ESS Sabre 9018. Równocześnie opracowano wzmacniacz zintegrowany Calyx CTI zbudowany w technologii amplifikacji cyfrowej. Oba te produkty zostały zaprezentowane po raz pierwszy na wystawie audio CES 2011 w Las Vegas (USA). Calyx DAC USB oraz Calyx CTI okazały się być światowym przebojem na rynku – podbijają serca i uszy audiofilów. I nie są to czcze słowa, o czym napiszę w dalszej części tekstu.

Obecnie w ofercie D&A można znaleźć wiele pozycji takich jak wzmacniacze, kolumny, procesory dźwięku, przetworniki cyfrowo-analogowe, a także układy scalone do wzmacniaczy cyfrowych i inne. Produkty z logo Calyx charakteryzują się innowacyjnością technologiczną oraz niebywałą troską o referencję reprodukowanego dźwięku; są zawsze zamknięte w atrakcyjnej obudowie o nowoczesnym designie.

Za sukcesem Digital & Analog stoi pan dr inż. Seung-Mok Yi, który jest założycielem oraz głównym konstruktorem firmy. Wcześniej pracował dla tak renomowanych marek jak Koetsu, Black Diamond Racing, Nirvana Audio i wielu innych. Warto wspomnieć, że jest także zapalonym melomanem, uczestniczy w wielu koncertach – jego ideą jest móc realnie reprodukować dźwięk „na żywo” przy użyciu sprzętu audio-stereo.

dr inż. Seung-Mok Yi (źródło zdjęcia)


Opisywany wzmacniacz został wypożyczony od polskiego dystrybutora marki Calyx – firmy GFmod Audio Research z Częstochowy.

Budowa, właściwości i wrażenia ogólne
Calyx CTI to niewielkie pudełeczko (masa to tylko 5,5 kg) przypominające mi trochę designem sprzęt komputerowy firmy Apple – to podobna jakość obudowy, z gładkim, jasnym aluminiowym wykończeniem i wyglądzie klasy „super premium”. Jest tu piękne dopracowanie każdego szczegółu obudowy, pedantyczna wręcz dbałość o każdy detal – jak w najdroższym MacBooku. Co nietypowe, wzmacniacz nie ma żadnych stópek, nóżek. Spoczywa jedynie na około pół centymetrowej warstwie czarnej gumy przyklejonej od spodu obudowy. Przez to Calyx wydaje się jeszcze mniejszy, bo jest niższy bez stóp. Można jednak postawić go na (kupionych osobno) stopach antywibracyjnych np. Rogoz-Audio BW40 lub na kolcach – jak i ja uczyniłem, otrzymałem takie razem ze wzmacniaczem od dystrybutora GFmod Audio Research.

Wracając do budowy. Jak łatwo zorientować się, Calyx, pomimo że jest niewysoki (7 cm) i niezbyt szeroki (22,5 cm), to bardzo głęboki – 40,5 cm. Potrzebuje, więc głębokiej szafki audio lub stolika.

CTI jest dość minimalistycznie wyposażony w funkcje i regulatory. Front zajmuje stosunkowo dużych rozmiarów wyświetlacz (w porównaniu do całego panelu przedniego), podświetlany punktowo na pomarańczowo – bardzo w stylu hi-tech to się prezentuje. Niestety, wyświetlacza nie da się przyciemnić, wyłączyć lub inaczej zorganizować. Wyświetlana jest na nim informacja o przyłączonym (aktywnym) źródle (od CH1 do CH3 i USB) oraz cyframi stopień wzmocnienia (od 0 do 92). Warto jednocześnie zauważyć, że przy poziomie „20” sygnał jest już naprawdę głośny, a przy „30” bardzo głośny. Przy „40” drżą szyby w oknach i podłoga. Więcej niż „50” nie próbowałem - moc tego wzmacniacza jest porażająca!

Na panelu przednim znajdują się równomiernie po bokach rozmieszczone niewielkie gałki (z aluminium). Lewa odpowiada za wybór źródła (cztery), a prawa z regulację wzmocnienia. Co nietypowe, każde źródło ma osobną regulację siły głosu, czyli przyłączając np. odtwarzacz CD, tuner, czy komputer – każdą głośność można ustawiać niezależnie. Bardzo przydatna funkcja. Kiedy odłączyć Calyx od zasilania (przyciskiem z tyłu) poziom wzmocnienia na wszystkich wejściach źródeł wraca do pozycji „0”. Po ponownym włączeniu urządzenia trzeba je ustawiać od nowa. Nieco to denerwujące, ale można się przyzwyczaić. I jeszcze słowo o gałkach z przodu – lewa lub prawa wciśnięta wycisza dźwięk do poziomu „0” – są one klawiszami „mute”. Szkoda, że po ponownym ich naciśnięciu poziom wzmocnienia nie wraca do poprzedniego. Trzeba kręcić gałką głośności od początku…

Pilot zdalnego sterowania jest estetyczny, bardzo podobny do sterownika Hegel (zdjęcie poniżej). Służy do regulacji amplifikacji oraz wyboru źródła. I tyle.

Z tyłu znajduje się wspomniany już włącznik sieciowy. Obok umieszczono (poprzecznie) gniazdo wejściowe IEC, a tuż obok rząd 3. par gniazd RCA. Złoconych, z wewnątrz zatopionym białym tworzywem sztucznym. Mniej więcej po środku znajduje się gniazdo wejściowe typu USB (24/96) do wewnętrznego DACa, a powyżej złocony zacisk uziemienia. Tuż obok, po prawej stronie zamontowano parę gniazd RCA wyjścia przedwzmacniacza. Po prawej stronie tylnego panelu znajdują się dwie pary terminali głośnikowych (wysokiej jakości) zatopionych w przezroczystym tworzywie sztucznym. Akceptują zarówno wtyki typu bananowego, widełki, jak i nagie kable.

Niestety, skąpość miejsca z tyłu jest czasami przeszkadzająca. Dosłownie. Jeżeli przyłączyć do terminali kable głośnikowe używając do tego takich zakończonymi wtykami widełkowymi, to prawy kabel całkowicie zasłania wyjścia RCA przedwzmacniacza – niemożliwe jest umieszczenie w nim wtyków lub jest to bardzo utrudnione. Podobnie rzecz ma się z gniazdem sieciowym, – kiedy włożyć tam grubszy wtyk sieciowy, mocno ograniczony staje się dostęp do włącznika sieciowego znajdującego się tuż obok.












Instalacja kabli głośnikowych zakończonych "widełkami" zasłania wyjścia RCA przedwzmacniacza


Większy wtyk sieciowy (tu Furutech) częściowo utrudnia dostęp do włącznika sieciowego (po lewej)

Zastosowanie kabli głośnikowych zakończonych "bananami" odsłania wyjścia RCA "Pre Out"


Calyx CTI został zaprojektowany przez pana dr inż. Seung-Mok Yi, założyciela firmy Calyx / Digital & Analog, twórcę, jednych z pierwszych na świecie, zaawansowanych układów wzmacniaczy typu D.

Jak można przeczytać w materiałach informacyjnych: wzmacniacz jest zbudowany na zasadzie dual mono na modułach Ice Power, każdą „końcówkę mocy” zamontowano na osobnej płytce. Sterowanie głośnością jest także cyfrowe, lecz dokonywane w domenie analogowej. Zaprojektowane w taki sposób, by zminimalizować wszelkie szumy – również te wynikające ze sposobu regulacji głośnością. Dzięki temu dźwięk ma być wyjątkowo rozdzielczy nawet przy niskich poziomach głośności. Wysoki współczynnik tłumienia (damping factor) o wartości 4000 skutkuje tym, że membrany głośników są nie tylko rozpędzane dużą mocą 200 Wat na kanał, ale również są odpowiednio tłumione i wygaszane (kiedy potrzeba). Dodam, że typowy współczynnik tłumienia dla „normalnych” wzmacniaczy tranzystorowych waha się w okolicy wartości 100…

Dźwięk
Pierwszy kontakt dźwiękowy z Calyx CTI powoduje, że trzeba przewartościować dotychczasowe (i często nie najlepsze) postrzeganie wzmacniaczy cyfrowych i uznać, że prawdziwy i rzeczywisty postęp technologiczny w audio dokonuje się na naszych oczach (i uszach). Natomiast jeden z istotnych punktów ciężkości owego postępu mieści się nie gdzie indziej jak w Korei Południowej.

Brzmienie CTI jest nieprawdopodobnie masywne, niezwykle dynamiczne, ofensywne, a jednocześnie bardzo szerokie – z obfitą przestrzenią oraz silnymi, skupionymi basami. Każdy ton błyskawicznie narasta, wybrzmiewa, lecz kiedy kończy się, znika natychmiast bez śladu. Membrany głośników momentalnie reagują na sygnał zarówno na jego koniec, jak i początek – wzmacniacz „gasi” je od razu. Za taki stan rzeczy niewątpliwie odpowiedzialny jest wysoki współczynnik tłumienia (damping factor) Calyxa sięgający wartości 4000. I to słychać bezsprzecznie.

Ponadto odczuwalna jest duża potencjalna moc dźwięku drzemiąca podskórnie; podczas słuchania muzyki ma się wrażenie, że dźwięk aż kipi od emocji; czuć, że CTI chce grać mocniej i obszerniej – tylko czeka na głośniejszy, silniejszy sygnał, by go wydobyć na powierzchnię, dobitnie reprodukować, wytworzyć potężne ciśnienie akustyczne. Przy tym Calyx wcale nie koncentruje się na owej mocy, a przynajmniej nie ma się takiego wrażenia, bo czyni to naturalnie, przy okazji – można napisać. Bowiem cały dźwięk budowany jest harmonijnie, żaden zakres nie jest uprzywilejowany, wszystkie są równouprawnione. Bas jest mocny, pięknie sprężysty, wielopłaszczyznowy – dobitny i spektakularny. Efektowny, lecz nie efekciarski. Średnica gęsta, skoncentrowana, esencjonalna z mnóstwem informacji, tonów bliskich i dalekich, wybrzmień i mikro-wybrzmień – fascynująca. Średnie tony są mocno przybliżone do słuchacza, wyoblone; tworzą ścianę dźwięku blisko słuchacza. Wysokie tony – otwarte, aczkolwiek niemęczące, bez tendencji do sybilizowania. Miałem wrażenie, że czasami przydałoby się im nieco więcej drapieżności, bo na moje upodobania, są ciut za subtelne, przygaszone. Jednak dzięki temu są jednak także i milsze dla ucha.

Jak już napisałem wcześniej, przestrzeń jest niezwykle szeroka. Sięgająca daleko poza obrys kolumn, z doskonałą, holograficzną stereofonią - czystą i klarowną. Lokalizacja instrumentów, wokali jest perfekcyjna, ułuda głębi - dobra, a namacalność dźwięków – wyśmienita. Co istotne, Calyx nie ma najmniejszych problemów z ukazywaniem dźwięku katedralnego, czyli takiego nagrywanego w kościołach, gdzie pogłos jest inny niż w pomieszczeniach adoptowanych akustycznie. Zadziwiające jest to, że kościelne organy (przecież piekielnie trudne zarówno do nagrania, jak i odtworzenia) grają jak …organy. Mocnym, eufonicznym dźwiękiem z długimi, krążącymi i ciągnącymi się po kościele echami. Fenomenalne zjawisko.

Generalnie, gęste nagrania typu duże orkiestry symfoniczne, rozbudowane składy instrumentalne, chóry, to zdaje się, że to jest to, co Calyx CTI najbardziej lubi. On doskonale umie i potrafi umieszczać każdy instrument lub głos osobno, rozdzielić je, uczynić słyszalnymi realnie – tworzy selektywny, rozdzielczy dźwięk przekaz, nie ma tu jednej skupionej masy, ogólnego zarysu – jest detal, jest wyrazistość, jest spektakl. Jest finezyjny, filharmoniczny dźwięk, o ile takiej figury stylistycznej mogę użyć na opisanie owej substancji. Nieco gorzej jest z tzw. głębszą dźwięcznością, bo pojedyncze nuty wybrzmiewają raczej płasko, nie mają wyraźnie definiowanego dalszego planu. Jest to zwłaszcza słyszalne w nagraniach fortepianu solo.

Niestety, Calyx CTI zupełnie nie sprawdził się w towarzystwie gramofonu Clearaudio Emotion. Sądzę, że gramofon to nie jest dobry kompan dla koreańczyka. Bardzo dobrze natomiast zagrał Referencyjny Tuner Radiowy UKF FM Amplifikator - pełna synergia.

Warto także zauważyć, iż przyrost sygnału jest bardzo proporcjonalny – zarówno ciche, jak i głośne odsłuchy zapewniają równomierną skalę i masę dźwięku, jednak ta cichsza ma podobny stan skupienia, jak ta głośniejsza, lecz jest o niższym natężeniu dźwięku. I odwrotnie.

Podsumowując tę część: Calyx CTI zapewnia szybki, mocny, eufoniczny dźwięk. Z dużą energią, prężnością, z uderzeniem i z masą. Namacalny, rozbudowany, ale jednocześnie szczegółowy i rozdzielczy. Epicki i spektakularny.

Czy Calyx CTI to wzmacniacz idealny w swojej klasie?
Z powyższego opisu wynika, że Calyx CTI nieomal bez wad. Czy jest tak rzeczywiście? Jaki jest jego prawdziwy charakter? – pewnie Czytelnik zapyta. Śmiało mogę zaryzykować twierdzenie, że ów koreański wzmacniacz przewyższa nie jedną droższą konstrukcję. Wyznacza też bardzo wysoki pułap dźwięku, jaki dla wielu wzmacniaczy z okolic kwot 7 000 zł – 9 000 zł niemożliwy jest nie tyle do osiągnięcia (co zrozumiałe), ale nawet przybliżenia, podobieństwa. Dlatego, że CTI jest świetny w budowaniu realnego, naturalnego dźwięku, o wybitnych umiejętnościach koncertowych muzyki (szczególnie nowoczesnej).

Trzeba jednak mieć na uwadze, że jest to dźwięk sterylny, a w zasadzie destylat dźwięku, dźwięk „nowej ery”, który nie każdemu przypadanie do gustu. Pozbawiony jest analogowej mgiełki, lampowego ciepełka, podkolorowanej (podkręconej) średnicy – tak kochanej na przykład przez zwolenników firmy Naim. Trudno o nim napisać także, że jest „muzykalny”, bo nie to dla niego jest priorytetem. Dla Calyxa CTI najważniejszy jest spektakl, koncert, muzyka „na żywo”, bo tego typu dźwięk preferuje, wytwarza. Sprawia, że słuchacz zatapia się w dźwięku, pływa w nim, uczestniczy absolutnie. Tu nie ma zmanierowanego dystansu ciepłego tranzystora, czy słodyczy lamp, jest bezpośrednia szybkość, kliniczna analiza i spora dźwięczność. Atomizacja dźwięku. Sublimat.

Calyx CTI plus komputer
Kiedy podłączyć do Calyx kablem USB komputer (lub nawet iPad), wybrać pliki cyfrowe np. FLAC, a następnie uruchomić wzmacniacz z podpiętymi kolumnami, to momentalnie otrzymuje się realną muzykę, prawdziwą - z dużym uderzeniem basu, mocnym, sugestywnym dźwiękiem, który jest bardzo plastyczny i wielokolorowy. Wewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy jest wystarczająco dokładny by zapewnić dźwięk komfortowy, aczkolwiek nie perfekcyjnie detaliczny, czy rozdzielczy. Dla zwolenników nowych mediów będzie to dźwięk wybitny, dla wielbicieli analogu, lamp elektronowych czy sympatyków wspomnianej już tzw. „muzykalności” – niekoniecznie. Wydaje mi się, że taka charakterystyka jest uprawniona, bo choć przybliżająca tylko styl gry CTI, to dobrze opisująca stan rzeczy.

Calyx CTI oferuje dźwięk nowej ery, dźwięk XXI wielu. Uniwersalność i łatwość "Plug and Play", gdzie  „plug” to komputer, a „play” – Calyx CTI. I pewnie tak będzie wyglądała ewolucja sprzętu audio, jego funkcji i brzmienia - czy tego sobie odbiorca życzy, czy nie…

Calyx CTI versus Hegel H100
Hegel H100 jest moim podstawowym wzmacniaczem. Wybrałem go (a zastąpił niedawno Accuphse E-213), gdyż najlepiej „zgrywał się” z gramofonem Clearaudio Emotion oraz z kolumnami Vienna Acoustics Mozart Grand. Poza tym jest uniwersalny (wewnętrzny DAC), ma możliwość dowolnej rozbudowy, wiele różnorodnych wejść, ma dużą moc. Te parametry ostatecznie zadecydowały, że mam model H100, a nie np. H200 z oferty Hegla. Poza tym bardzo lubię jego dźwięk. To tytułem wstępu.

W powyższy system „włożyłem” zamiast Hegla H100, Calyx CTI. Różnica w dźwięku była zasadnicza i słyszalna od razu.

CTI przede wszystkim perfekcyjnie „włada” kolumnami – można napisać, że kontrola nad głośnikami jest idealna, a szybkość narastania sygnału (i wygaszania) natychmiastowa. U Hegla H100 nieco z tym gorzej, ale i tak więcej niż poprawnie. CTI bardzo szeroko rozciąga, buduje scenę - panorama stereofoniczna jest dokładna, z punktowo określonymi poszczególnymi źródłami, lecz sama przestrzeń jest mocno przybliżona do słuchacza, dając wrażenie jakby zagęszczenia, potoku dźwięku, niejakiej holografii. W Heglu H100 stereofonia jest trochę węższa, ale za to głębia, trójwymiar mają lepsze definiowanie. Innymi słowy, w H100 przestrzeń jest określana bardziej w 3D, jest jednak mniej spektakularna jak w CTI. Calyx świetnie radzi sobie z bardzo gęstymi nagraniami, kapitalnie pokazuje gradację chórów, narastanie i gaśnięcie licznych smyczków dużych składów symfonicznych, a także, co istotne, pogłosy sal koncertowych lub pomieszczeń kościołów – CTI jest w tym genialny, a Hegel H100 - co najwyżej dobry. 

Myślę, że dźwięk Calyx może wydawać się niektórym melomanom osuszony z emocji, kliniczny i sterylny lub też „zbyt prawdziwy”, jak kto woli. Bo koreański wzmacniacz pokazuje to, co zawarte jest na płycie, niczego nie upiększa – po prostu niezwykle czysto wzmacnia. Fenomenalnie amplifikuje. Hegel H100 ma odmienny charakter, tu każde nagranie (czy dobrze zrealizowane, czy gorzej) jest wzmacniane w sposób atrakcyjny dźwiękowo, te słabsze są „interpolowane”, a lepsze – „ekstrapolowane”. Norweski wzmacniacz ma manierę pokazywania dźwięku organicznego, przyjemnego dla uszu, bogatego w nuty - fizjologicznego. Bardzo pasuje do niego sformułowanie „muzykalny”, bo każdy gatunek muzyki amplifikuje jednakowo wybornie, energetycznie i z emocjami. Totalnie. Ale owa maniera nie ma nic wspólnego ze sztucznością lub dźwiękiem fantomowym. Bliższa jest naturalności, ale nie neutralności. Dodatkowo, gdyby hipotetycznie przyjąć, że dźwięk składa się z wielu pojedynczych komórek lub kwantów, to Calyx CTI nie do końca zapełnia te struktury, a Hegel H100 - całkowicie i somatycznie. Jednak ogólny styl określania owych "kwantów" muzyki w obu wzmacniaczach jest konwergentny. Mam jednak wrażenie, że nuty w CTI są mniej dźwięczne niż w H100.

Calyx CTI i Hegel H100 mają wbudowane podobnej jakości DACi. Hegel H100 ma więcej wejść i wyjść – są wejścia XLR. Kończąc to krótkie porównanie nadmienię, że Calyx CTI kosztuje 10 000 zł, a Hegel H100 – 11 000 zł.






Konkluzja
W podsumowaniu napiszę: tak, zgadza się - jestem zwolennikiem technologii analogowej, winyli, „dźwięku lampowego” i muzykalnego, ale w kontakcie z CTI przyznaję, że nowoczesna zaawansowana amplifikacja cyfrowa (tzw. klasy D) odpowiednio zaaplikowana i użyta, sprawia, że można lepiej i więcej usłyszeć. Chylę czoła - Calyx CTI jest hipnotyczny, może uzależniać. Trudno mi wyobrazić sobie lepszy wzmacniacz w jego cenie (10 000 zł), a nawet wyższej do nagrań symfonicznych, elektroniki i dużych składów wokalno - instrumentalnych. Przy innych rodzajach muzyki, repertuaru można, mówiąc kolokwialnie, powybrzydzać i znaleźć kilku godnych konkurentów dla koreańskiego wzmacniacza na podobnym pułapie cenowym.

Ostatecznie, o tym co podoba się najbardziej indywidualnie decyduje indywidualny gust słuchacza, lecz Calyx CTI ma wszelkie obiektywne zadatki na to, by uznać go za sprzęt z bardzo wysokiego pułapu high-fidelity, aczkolwiek jest to nowa kategoria dźwięku, która znacząco różni się od klasycznego brzmienia. Trzeba koniecznie posłuchać, ponieważ dźwięk CTI poszerza horyzonty poznawcze i technologiczne we współczesnym audio. Ode mnie otrzymuje szczerą rekomendację, choć CTI nie zawsze trafiał idealnie (w moje) w preferencje.

Tak, czy inaczej - brawo Korea (Południowa, naturalnie)!

Sprzęt używany podczas odsłuchów
Wzmacniacz: Hegel H100 (test TU) i Stello Ai500.
Źródła cyfrowe: odtwarzacz płyt Musical Fidelity A1 CD-PRO, serwer Olive 06HD oraz komputer MacBook.
Źródła analogowe: gramofon Clearaudio Emotion oraz Referencyjny Tuner Radiowy UKF FM Amplifikator (test TU).
Przedwzmacniacz gramofonowy: PreAmplifikator II (test TU).
Kolumny: podłogowe Vienna Acoustics Mozart Grand oraz monitory Studio 16 Hertz Canto One, a także Sounddeco F3.
Okablowanie: komplet kabli (zasilający, interkonekty i głośnikowe) firmy Organic Audio (test TU), a także serie Red i Gray firmy Audiomica Laboratory.
Akcesoria: platforma antywibracyjna Rogoz-Audio 3SG40 (test TU) pod gramofonem, stopy antywibracyjne Rogoz-Audio BW40 (test TU) pod wzmacniaczem Hegel H100 oraz kolce antywibracyjne GFmod Audio Research pod Calyx CTI. Panele akustyczne (10 sztuk) Vicoacustic Wave Wood (test TU), stoliki audio VAP oraz Ostoja T3, a także Dust Caps RCA firmy Sevenrods (test TU).

Dla dobra i większego obiektywizmu powyższego opisu Calyx CTI porównywałem bezpośrednio ze wzmacniaczami: koreańskim Stello Ai500 oraz norweską nowością - Hegel H300.
Na zdjęciach poniżej odsłuch w salonie Premium Sound w Gdańsku. Kolumny to Sounddeco, nowy model Alpha F3 (TUTAJ). Źródło – serwer muzyczny Olive 06HD.






Dane techniczne
Dostępne na stronie Calyx / Digital & Analog TUTAJ.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...