S

S

MA

Premium Sound

MIP

Polpak

czwartek, 28 czerwca 2012

Kolumny Spendor A5





Wstęp
Brytyjskie kolumny firm Harbeth, ATC czy Spendor uważane są z kultowe w wielu środowiskach zwolenników dobrego i wiernego dźwięku. Czy jednak ich zazwyczaj wysoka cena jest usprawiedliwiona na tle innych dobrych i rzetelnych światowych głośnikowych konstrukcji? Czy legenda studio nagraniowego BBC ma prawdziwe i rozsądne uzasadnienie w praktyce domowych odsłuchów?

Spendor
To jedna z najdłużej działających bez przerwy firm audio. Została założona w 1960 roku przez małżeństwo Spencera i Dorothy Hughes – od początkowych sylab ich imion pochodzi zaś nazwa przedsięwzięcia – Spendor. Zakład produkcyjny położony jest w Hailsham w Sussex, oczywiście w Wielkiej Brytanii. Oprócz produkcji (ręcznej, ma się rozumieć) kolumn firma wytwarza również własne głośniki niskotonowe oraz średnio-niskotonowe, co zresztą jest szczególnie podkreślane w materiałach informacyjnych manufaktury. Bo wiele producentów kolumn korzysta z zewnętrznych dostawców głośników. W wypadku Spendora tylko wysokotonowe pochodzą z "obcych” firm, pozostałe są produkcji własnej i rzeczywiście, jest to wyjątkowy powód do dumy we współczesnych czasach „made in China”…

Wiele wytwarzanych archiwalnie modeli Spendor, choć obecnie oczywiście nieprodukowanych, ciągle nosi miano kultowych i są one sporym rarytasem na rynku wtórnym. Tak dzieje się na przykład z monitorami BC1 lub LS3/5A, które nadal osiągają wysokie ceny na aukcjach. Za nimi zresztą „ciągnie się” legenda kolumn produkowanych na ekskluzywne potrzeby rozgłośni radiowej i studia nagrań BBC. Z historią modelu Spendor BC1 można zapoznać się bliżej TU. Na świecie istnieje wiele klubów gromadzących zwolenników i pasjonatów marki – w tym jest i polski klub na forum internetowym audiostereo.pl: TU.

Obecnie Spendor w swojej ofercie posiada wiele modeli kolumn pogrupowanych w kilku liniach. Są to „SA” z jednym modelem SA1, potem - „A”, do której należą A3, A5, A6 oraz A9, następnie przepiękna linia „Classic” ze zjawiskowymi SP100R2. Idąc dalej, linia kolumn do kina domowego „AV”. Katalog zaś wieńczy pomnikowy model „ST”. Jak widać, wybór jest ogromny.

Kolumny Spendor A5 zostały wypożyczone z salonu audio Premium Sound w Gdańsku.

Wrażenia ogólne i budowa
Przyznam szczerze, że Spendory A5 od razu mi się spodobały. To proste, aczkolwiek zgrabne niewielkie skrzynki o klasycznej budowie, perfekcyjnie obłożone pięknym fornirem z drewna egzotycznego. Klasyczna forma plus wyborne wykonawstwo. Pełna finezja!
Na froncie kolumny umieszczono 3. głośniki: wysokotonowy to 22 mm kopułka nieznanego pochodzenia, zaś średnio-nistotonowe to 15 cm membrany - konstrukcje własne Spendora. Środkowy to model ep38 z polipropylenu z dyfuzorem w kształcie stożka, natomiast głośnik dolny to Spendor ep39 – także z polipropylenu, lecz już bez stożka. Efektywność to 86 dB przy impedancji nominalnej 8 Ohm.

Z tyłu zamontowano pojedynczą parę terminali głośnikowych WBT (oryginalnych, oczywiście), a pod nimi, tuż przy dolnym rancie, prostokątny szczelinowy kanał ujścia bass-refleksu. Z związku z tym producent zaleca umieszczać kolumny co najmniej 70-80 cm od tylniej ściany pomieszczenia.









Dźwięk
Kolumny gabarytowo nie są duże, a w zasadzie można napisać, że jak na kolumny podłogowe to są małe. Ot, takie miniaturki – tylko 79 centymetrów wysokości i 16,5 centymetrów szerokości. Jednak ich dźwięk, zapewniam – nie jest wcale miniaturowy!

Pierwsze, co rzuca się „w uszy” to sprawa, że kolumny kompletnie (podkreślam, kompletnie) giną w pomieszczeniu odsłuchowym. Po zamknięciu oczu, słuchacz nie ma żadnych szans by właściwie zlokalizować, w którym miejscu stoją głośniki. Dźwięk natomiast nie klei się do nich, bo odrywa się szybko i całkowicie - jak z referencyjnych monitorów. Pod tym względem występuje pełna referencja. Następnie zwraca uwagę kapitalna homogeniczność pasm, wszystkie są świetnie ze sobą połączone – nie czuć żadnych dziur w dźwięku, niedostatku na przełomie średnicy w górę i w dół. Wysoka klasa i pełna kultura.

Co do średnich tonów, to są one po prostu zachwycające. Tu wszystko brzmi jasno, z żywym pulsem z rekordową ilością harmonicznych. Można ten typ grania określić jako esencjonalna, barwna prezentacja z szeroką sceną, z oddechem. Głosy ludzkie są reprodukowane wiarygodnie, odczuwane rzeczywiście – z wielokolorową strukturą, ze słyszalnymi subtelnościami wokali, ale też z ewentualnymi niedociągnięciami realizatorskimi, bo Spendory A5 nie oszukują, nie podbarwiają rzeczywistości – pokazują to, co zapisane na nośniku, analitycznie i ze wszelkimi mikro-detalami.
Duże wrażenie wywiera obszerność i masywność dźwięku plus piękna barwa – ciepła, rozdzielcza, by nie napisać - czarująca. Dźwięk jest precyzyjny i klarowny – czysty, jednak nie tak subiektywnie bliski jak z Vienna Acoustics Mozart Grand, bo bardziej liniowy, czyli oparty na granicy głośników, niewyoblony.

Swoją drogą, brytyjskie kolumny posiadają charakterystyczne dla nich niskie tony – są one bardzo sprężyste, wszelkie perkusje i perkusjonalia wspaniale plastyczne i rozciągliwe na membranach głośników. Przy tym – szybkie i dłużej wybrzmiewające niż przy wielu innych znanych mi kolumnach. Szybkość i kontrola basu jest na piątkę, natomiast jego zejście na nieco niższą ocenę, bo przecież pewnych praw fizyki nie da się obejść. Można je trochę oszukać, tak jak to czyni Spendor w malutkich A5 montując sporych rozmiarów szczelinowy port bass-refleksu tuż przy dolnej krawędzi kolumn – to działa, ale tylko do pewnej granicy i przy dość sporym odsunięciu głośników od ściany.
Nie obserwowałem krzykliwości wysokich tonów, a rozdzielczość zawsze stała na wysokim poziomie - wiele gęstych nagrań było wyrafinowanie reprodukowanych, znakomicie szczegółowo. Wielki plus.

No cóż, wyszła laurka zamiast krytyki, ale trudno mi Spendory A5 surowo oceniać, bo bardzo mi przypadły do gustu. Podoba mi się ich emocjonalny dźwięk i basta!

Konfiguracje
Co tu dużo pisać – Spendory A5 lubią dużo prądu, bo im więcej dostarczyć im Watów, tym bardziej odwdzięczają się pełnym, rasowym dźwiękiem. Pełnopasmowym i bliskim realizmowi koncertu lub jego wzorowej ułudzie. Najlepiej więc zagrały z mocarnym norwegiem - integrą Hegel H100 (test TU).

Nie sprawdziło się połączenie „brytyjczyków” z chińskimi wzmacniaczami lampowymi Xindak MT-3 (test TU) oraz Ming Da MC34-A (test TU). Za mało było tu szczerej radości dźwięku, jego soczystości i zwinności. To nie są kolumny do lampy.

Ponadto, świetny wzmacniacz tranzystorowy Dayens Ampino (test TU), choć bardzo się starał i robił naprawdę co mógł, to nie wysterował w 100 % Spendorów, ale gdzieś tak na pułapie 70 %. Czuć było pewne niedociągnięcia w przekazie i brak wypełnienia niektórych zakresów, ale na usprawiedliwienie trzeba napisać, że dzielny Dayens dysponuje mocą jedynie 2 x 25 Wat…





Konkluzja
Spendor A5 to piękne wizualnie kolumny - eleganckie, ze wspaniałym brytyjskim arystokratycznym rodowodem. Należy podkreślić jednak, że A5 to kolumny nie tylko z legendą, ale przede wszystkim z dobrym know-how – zawsze wykonywane są ręcznie, a zastosowane przetworniki są własnej firmowej produkcji, co w dzisiejszych czasach jest rzeczą coraz rzadszą, przez co godna pochwały i wyjątkowego uznania.

Jeżeli ktoś ma pokój odsłuchowy nie większy niż około 20 m2, a do tego wydajny prądowo wzmacniacz tranzystorowy oraz naturalnie do wydania na kolumny około 8 000zł, to najprawdopodobniej, Spendor A5 będą końcem poszukiwań głośników. Na bardzo długo lub nawet na zawsze, bo te kolumny mają w sobie bez wątpienia prawdziwą magię. Fantastyczne kolumny – z przepysznie obszernym dźwiękiem o pięknej rasowej barwie, wybornej precyzji, plastycznej żarliwej średnicy. Basy, choć niezbyt dociążone, to jednak atrakcyjne i wysokiej jakości. Ach, gdyby tak jeszcze kurs funta brytyjskiego był niższy…

Dane techniczne
Na stronie Spendor - TUTAJ.

Polska strona internetowa Spendor TUTAJ.

Zestaw testowy
Kolumny: Vienna Acoustics Mozart Grand, Pylon Sapphire oraz Usher S-520.
Wzmacniacze: Hegel H100 (test TU), Dayens Ampino oraz Xindak MT-3 oraz Ming Da MC34-A.
Źródła: odtwarzacz płyt CD – Musical Fidelity A1 CD-PRO oraz gramofon Cleraudio Emotion.
Kable: Audiomica Laboratory z serii Excellence – zasilający Ness, IC Erys oraz głośnikowy Celes (TUTAJ).
Przetwornik c/a : N-Audio DAC-3 Plus (test TU).
Akcesoria: antywibracyjne Rogoz-Audio (platforma 3SG40 - test TU i stopy BW40 test TU), panele akustyczne Vicoustic Wave Wood ( test TU), Rezonator Schumanna firmy Tomanek (test TU).

sobota, 23 czerwca 2012

Przetwornik c/a N-Audio DAC-3 Plus




Wstęp
Do niedawna sądziłem, że na Ukrainie mieści się wyłącznie jeden zakład produkcyjny audio - Phast Style, który jest wręcz kultowy wśród wielu polskich audiofili. Manufaktura Phast Style ze Lwowa wytwarza wspaniałe wzmacniacze lampowe – zarówno integry, przedwzmacniacze oraz końcówki mocy. Następnie odkryłem intrygującą Abraxas Audio. Potem dowiedziałem się przy okazji opisu kolumn Bodnar Audio Sandglass Fantasy (test TU), że ta firma z Katowic jest niejako pół-ukraińska, bo jej szef – pan Paweł Bodnar jest rodowitym Ukraińcem, choć od kilkunastu lat mieszkającym w Polsce. Dlatego, kiedy zaproponowano mi wypożyczenie do testów kolejnego urządzenia z ukraińskim rodowodem, nie zastanawiałem się ani chwili, mając na względzie wysokiej jakości i próby sprzęty audio stamtąd pochodzące. Oczywiście, owym urządzeniem był DAC-3 Plus z firmy N-Audio.

Urządzenie zostało wypożyczone z salonu audio Hi-Fi Ja i Ty w Gdańsku-Oliwie.

Firma N-Audio
Ma siedzibę w Kijowie, a obecna jest na rynku już od wielu lat. W swojej aktualnej ofercie posiada kilka wzmacniaczy (w tym lampowe), DAC oraz sporo modeli kolumn głośnikowych. Jest także ukraińskim dystrybutorem głośników takich firm jak Fostex, Vifa, Scan Speak, Seas, Morel i innych. Zajmuje się także handlem wkładkami gramofonowymi, potencjometrami oraz różnymi akcesoriami audio typu kable, wtyki, kolce, etc. Niestety, nie udało mi się skutecznie skontaktować się z firmą, by dowiedzieć się czegoś o niej więcej. Napisałem list po angielsku, ale w odpowiedzi otrzymałem jedynie krótką informację, by kontaktować się z panen Pawłem Bodnarem z Katowic (czyli z firmy Bodnar Audio), który jest polskim przedstawicielem. Jak tylko uda mi się uzyskać jakieś bliższe wiadomości o firmie, uzupełnię tę część opisu. Strona N-Audio dostępna jest TUTAJ i jak widać, ma wyłącznie rosyjską wersję językową.

DACi N-Audio
N-Audio, jak można zorientować się na firmowej stronie, ma już spore doświadczenie w konstruowaniu przetworników cyfrowo-analogowych. DAC-3 to już trzecia generacja. Przedtem, były tu produkowane DAC-1 oraz lampowy DAC-2 o bardzo ciekawej budowie. Obecnie to już przetworniki archiwalne, nie są już w ofercie.

Poniżej zdjęcia DAC-1 oraz DAC-2 (ze strony firmowej).






N-Audio DAC-3 Plus
N-Audio DAC-3 Plus to przetwornik z obróbką cyfrową filtru interpolującego 8-krotnego nadpróbkowania przy 24 bitach, zastosowany DAC to asynchroniczny Burr Brown SRC4392 (TU), a kość odpowiedzialna za 8-krotny oversampling to Burr Brown (obecnie Texas Instruments) PCM1794. Na stopniu wyjściowym zamontowano bufory końcowe „single ended”, po jednym na kanał lewy oraz prawy. Jak informuje producent, w układzie nie zastosowano żadnych op-ampów. Przetwornik akceptuje słowa wejściowe długości od 16 do 24 bitów. Częstotliwość próbkowania zaś mieści się w przedziale od 32 kHz (automatycznie rozpoznawana), poprzez 44,1 kHz, 48 kHz do 96 kHZ – indykowane diodą LED. Przetwornik posiada następujące algorytmy do konwersji częstotliwości próbkowania: 44,1 kHz do 192 kHz, 48 kHz do 192 kHz oraz 96 kHz do 192 kHz. Co istotne, producent bardzo poważnie potraktował zasilanie. W środku zamontowano dwa transformatory toroidalne, po jednym na każdy kanał.

Poniżej schemat DACa oraz kilka zdjęć wnętrza.










Wrażenia ogólne
DAC-3 wygląda całkiem porządnie. To niewielka czarna skrzyneczka o masie 2 kg. Pokrywa wykonana jest z blachy stalowej. Na froncie, po prawej stronie umieszczono metalowe pokrętło (selektor cyfrowy) w kolorze złotym. Za jego pomocą można wybrać źródło doprowadzane do przetwornika 3. wejściami cyfrowymi: elektrycznym koaksjalnym, Toslink oraz USB. Po lewej stronie złotego pokrętła znajdują się 3. pomarańczowe diody sygnalizujące częstotliwość próbkowania: 44,1 kHz, 48 kHz oraz 96 kHz. Nad nimi zaś, znajduje się niebieska dioda „lock”. Zaraz obok, również niebieska dioda opisana jako „phantom power”. Po lewej stronie panelu przedniego zamontowano prosty włącznik sieciowy z czerwoną diodą zaświadczającą o pracy urządzenia. Z tyłu obudowy można znaleźć gniazdo sieciowe IEC w formie „ósemki”, 3. wejścia cyfrowe: optyczne, elektryczne i USB, a także 2. pary wyjść analogowych – pierwsza para na gniazdach RCA, a druga na symetrycznych XLR. Mówiąc krótko, DAC wyposażony we wszystkie rzeczy jakie powinien mieć omnipotentny współczesny przetwornik, który ma pełnić funkcję zaawansowanego domowego centrum multimedialnego.

Dodam jeszcze, ze N-Audio DAC-3 wygląda schludnie i solidnie. Raczej jest to jednak design w estetyce piękna sprzętu studyjnego, a nie domowego, ale na akceptowalnym poziomie. Na pewno intrygująco i „na bogato” prezentuje się złota gałka selektora cyfrowego…






Dźwięk
Tak się składa, że ostatnio miałem u siebie na testach kilka ciekawych DACów. Do gustu szczególnie przypadły mi bułgarski Antelope Zodiac DAC + (test TU) oraz norweski Hegel HD11 (test TU). Bardzo odpowiadał mi ich sposób dokładnej organizacji (kreacji) przestrzeni oraz rozdzielczość - nieprzesadzona, ale doskonale wyraźna. Można napisać, że bliska dźwiękowi analogowemu. Kiedy więc „wpiąłem” ukraiński DAC, którego nigdy przedtem nie słuchałem, ani nawet nie czytałem żadnych o nim opinii w Internecie, pierwsze skojarzenia nasunęły mi się właśnie z owymi przetwornikami. Bo jest tu ten specyficzny przestrzenny rozmach, szeroka oraz głęboka scena, o bardzo dobrej wielowarstwowej strukturze. N-Audio ma naturalnie ekspansywny dźwięk o swobodnej i harmonijnej propagacji, ale nie ofensywny w znaczeniu - zbyt nachalny. Natomiast jego barwę można opisać jako ciepłą, ale w żadnym razie nie jest to „ciepłota” w rozumieniu słodkiego gorąca lamp elektronowych. Raczej przyrównałbym ów styl ciepła dźwięku do DACa Hegel HD11. Czyli takiego urządzenia, dla którego przyjemny „sound” i muzykalność jest najwyższym priorytetem, a zbyt wyszukana (kliniczna i zimna) szczegółowość – niekoniecznie. Nie chcę absolutnie przez to powiedzieć, ze N-Audio nie posiada umiejętności ukazywania szczegółów nagrań, czy nie dosyć rozdzielczo przekazuje gęstą muzykę! Bo N-Audio gra wystarczająco analitycznie, w sposób jednak wygładzający zbyt dogłębny wgląd w strukturę nagrań, ich złożonych meandrycznych konstrukcji, ale czyni to dla dobra ostatecznej jakości muzyki, która brzmi niezwykle naturalnie i swobodnie, bez odczuwalnych ograniczeń. Sączy się laminarnie, bez zawirowań – płynnie. Z dużym oddechem i sporą odczuwalną przestrzenią.

Co istotne, zdecydowana część reprodukowanych instrumentów takich jak fortepian, saksofon, gitara czy perkusjonalia ma odpowiednią (proporcjonalną) skalę oraz rozmiar. Bogatą, plastyczną średnicę oraz elastyczne basy i głębokie niskie pasmo. A gdy jeszcze dodać, że odczuwalny ich ton jest dźwięczny i doskonale wybrzmiewający, z właściwą aurą dookoła (tzw. powietrzem), to naprawdę można chylić czoła przed ukraińskimi konstruktorami.

Warto zaznaczyć, że po „przesiadce” z Antelope Zodiac +, czyli urządzenia znacznie droższego (około 7 000zł) na DAC-3 Plus nie ma się poczucia aż takiego spadku jakościowego jak by wynikło by z ich proporcji cenowej - 3:1. Raczej jest to ułamek rzędu 20-30 %, bo co by tu nie mówić - Antelope jest po prostu bardziej detaliczny, zapewnia dogłębny wgląd w konstrukcję muzyki, czego nie można napisać o N-Audio. Styl gry i piękna muzykalność ukraińskiego DACa najbardziej kojarzy mi się z Heglem HD11, który podobnie buduje zjawiska przestrzenne – obszernie i niezwykle systematycznie (z wielkim porządkiem) oraz świetną lokalizacją instrumentów, ale nie jest zbyt szczegółowy. Poza tym podobna jest „analogowość” firmowej sygnatury obu DACów. To rzeczywiste ciepło dźwięku i organiczna barwa. Pierwszorzędna rzecz.

Konkluzja
Mówiąc skrótowo – dla konstruktorów N-Audio DAC-3 Plus najważniejsza była przyjemność słuchania z DACa i niemęcząca radość odsłuchów, a także spektakularna swoboda namacalnego dźwięku w ludzkiej skali i proporcjach. I to jest, zdaje się, właściwa droga dla uzyskania naturalnego dźwięku, który ma w powyższym przypadku cechy predysponujące go w 100 % do pojęcia high-fidelity, czyli wysokiej wierności przekazu w rasowym, zdrowym wymiarze i rozsądnej cenie. Nie ma za to żadnych pretensji względem dźwięku z gatunku high-end. A do tego niedużo kosztuje, a sporo potrafi.  Mnie takie humanitarne podejście do sprawy audio bardzo przekonuje. Kupuję to!






System testowy
Kolumny: Spendor A5, Vienna Acoustics Mozart Grand, Pylon Sapphire oraz Usher S-520.
Wzmacniacze: Hegel H100, Dayens Ampino oraz Ming Da MC34-A.
Źródła: odtwarzacz płyt CD Musical Fidelity A1 CD-PRO, gramofon Clearaudio Emotion oraz komputer MacBook Apple.
Kable: Audiomica Excellence – sieciowy Ness, głośnikowy Celes oraz interkonekt RCA - Erys (TU). Symetryczne - Van Damme XLR. Cyfrowe - optyczny oraz elektryczny Belkin Pure AV.
Akcesoria: Stoliki audio VAP oraz Ostoja, akcesoria antywibracyjne Rogoz-Audio oraz panele akustyczne Vicoustic Wave Wood.
Dodatkowo – Rezonator Schumanna firmy Tomanek.

Dane techniczne
Dostępne na stronie firmowej TUTAJ.

piątek, 22 czerwca 2012

Kolumny Pylon Sapphire przyjechały na testy!

Dzień dobry!
Zawiadamiam P.T. Czytelników, że testuję kolumny polskiej manufaktury Pylon Audio. Jest to obecnie najwyższy firmowy model - Pylon Sapphire (TUTAJ). W związku ze swoją wysoką skutecznością 90 dB przy łatwym obciążeniu 8 Ohm, wydaje się, że będą to świetni kompani dla wzmacniacza lampowego. Dlatego odsłuchy Sapphire mam zamiar rozpocząć od towarzystwa lampy Ming Da MC34-A.

Jak widać na zdjęciach poniżej (ciemnych niestety, bo za oknami ciągle pada rzęsisty deszcz) kolumny odniesienia to:
- Spendor A5 oraz
- Vienna Acoustics Mozart Grand.

Zapraszam za kilka-kilkanaście dni do lektury dokładnego opisu.




czwartek, 21 czerwca 2012

Rezonator Schumanna firmy Tomanek

Gdynia, czerwiec 2012 r.


Co to jest rezonans Schumanna?
Pierwsze udokumentowane obserwacje rezonansu elektromagnetycznego Ziemi zostały przeprowadzone przez genialnego Serba - Nikola Tesla w jego laboratorium w Colorado Springs w 1899 roku. To spostrzeżenie doprowadziło do pewnych osobliwych wniosków dotyczących właściwości elektrycznej Ziemi, a Tesla obserwacje te uczynił podstawą swojego pomysłu na bezprzewodową transmisję energii, na co zresztą otrzymał kilka patentów w USA.




Kilka zdjęć z Sieci


W 1952 roku niemiecki fizyk Winfried Otto Schumann opisał matematycznie w trakcie swoich badań nad zjawiskiem ziemskich fal stojących, że jonosfera i powierzchnia Ziemi tworzą układ dwóch przewodzących sfer, który zachowuje się jak wnęka rezonansowa lub falowód. Pracując dalej nad równaniem Maxwella dla takiego układu określił dokładne częstotliwości rezonansowe. Z równanie tego wynika, że maksymalne amplitudy fal (maksima) występują dla częstotliwości 7,83 Hz (proszę zapamiętać tę wartość, bo będzie ważna w dalszym opisie) oraz dla harmonicznych 14,1; 20,3; 26; 33; 39 i 45 Hz (są to tzw. częstotliwości Schumanna) z niewielkimi odchyłami w zależności od pory dnia. Najwyższe zarejestrowane harmoniczne, a ich amplituda maleje wraz z wzrostem częstotliwości, sięgają zakresu ULF, czyli zakresu o częstotliwości 300-3000 Hz i długości 100-1000 km. Z czasem wyjaśniono, że głównym źródłem energii odpowiedzialnej za rezonans Schumanna są wyładowania elektryczne wzbudzane w atmosferze ziemskiej, bowiem na Ziemi występuje około 100 takich wyładowań w postaci piorunów w ciągu każdej sekundy. Źródłem energii zasilającej rezonans Schumana może być także aktywność Słońca oraz, co istotne, sieć energetyczna, której częstotliwość w USA 60 Hz pokrywa się z częstotliwością jednej z harmonicznych.

Pomiary rezonansu
Codzienne fluktuacje rezonansu ziemskiego mierzy i podaje do publicznej wiadomości amerykański The Global Coherence Initiative. Dane dostępne są TUTAJ.  Kalendarz spektrogramu wyświetla dane z czujnika pola magnetycznego, który kontroluje rezonanse występujących w falach plazmowych stale występujących w jonosferze. Te codzienne spektrogramy pokazują aktywność w różnych częstotliwościach rezonansowych – od 1 do 50 Hz. W spektrogramie, poziom mocy lub natężenia każdej z częstotliwości jest wyświetlany jako kolory, a kolor żółty to najbardziej intensywna częstotliwość. Zaś rezonanse Schumana pojawiają się jako linie poziome na 7,8;14; 20; 26; 33 i 29 Hz.

16 czerwca 2012 roku spektrogram wyglądał następująco:



Budowa urządzenia generującego ultra-niskie częstotliwości
Jak się okazało, sztuczne generowanie rezonansu Schumanna w dużym stopniu neutralizuje niekorzystne w wielu aspektach fale elektromagnetyczne oraz radiowe. Japońska firma Acoustic Revive opracowała urządzenie o nazwie RR-77, które generuje ultra-niską częstotliwość 7,83 Hz i przez to znosi "szkodliwe" sztuczne fale elektromagnetyczne pochodzące z zewnątrz, czy też z wewnątrz pomieszczenia odsłuchowego lub nagraniowego, gdzie różne urządzenia elektryczne również emitują zakłócenia falowe. W ten sposób znika wzajemne oddziaływanie fal elektromagnetycznych i radiowych pomiędzy różnymi urządzeniami. Słuchany dźwięk powinien być odbierany jako czystszy i klarowniejszy, stosunek sygnału do szumu - wyższy, a ewentualne zniekształcenia - niższe. Tyle, w skrócie, mówi teoria.


Acoustic Revive RR-77


Rezonator Schumanna firmy Tomanek
Ponieważ generator fal Schumanna firmy Acoustic Revive RR-77 kosztuje około 2000 zł, na forum internetowym audiostereo.pl powstała grupa inicjatywna, której celem było zbudowanie we własnym zakresie kopii DIY tego sprzętu. Szybko znalazł się profesjonalny wykonawca, który podjął się tego zadania. Oczywiście, tym kimś był pan Tomasz Szuba, właściciel firmy Tomanek, która to, choć młoda, to nieprawdopodobnie prężna i podejmująca się tak nietypowych przedsięwzięć jak budowa rezonatora Schumanna. Od tego czasu minął mniej więcej miesiąc. Rezonator został zaprojektowany na podobieństwo RR-77, (ale nieco też specyficznie zmodyfikowany), zbudowany oraz uruchomiony, lecz na razie jedynie w wersji bez obudowy. Tylko „goła” płytka z układami oraz zasilacz. Powstało około 10 prototypowych egzemplarzy tego urządzania. Należy dodać, że cena urządzenia Tomanek to około 180 zł, zaś planowana wersja ostateczna z obudową firmy Hammond - około 400 zł... Sprzęt został już rozesłany do grupy testującej, której zadaniem jest implementacja tego urządzania do swojego domowego systemu audio-stereo, posłuchanie jego wpływu na dźwięk oraz opisanie ewentualnych zmian. Postępy w tej kwestii można śledzić na bieżąco na forum audiostereo w zakładce Klub Tomanek TUTAJ.

Przy okazji wspomnę, że od pewnego czasu posiadam także inną konstrukcję pana Tomasza, a mianowicie zasilacz Tomanek do wzmacniacza słuchawkowego Musical Fidelity X-Can v.3 (test TU), z którego jestem ogromnie zadowolony.

Testy wpływu na dźwięk
Dodam, że naturalnie moja osoba także uczestniczy w testach rezonatora Schumanna w grupie kontrolnej. O wynikach poinformuję Szanownych Czytelników niebawem. Napiszę o ewentualnych zmianach w dźwięku lub, jeżeli by tak nastąpiło, o ich braku. Co ważne dla właściwego rozchodzenia się fal, rezonator należy umieścić podczas odsłuchu na wysokości powyżej 150 cm (poniżej tej wysokości fale dochodzą do człowieka ze zmniejszoną częstotliwością). Jedno tego typu urządzenie pokrywa spokojnie falami nawet 40 m2.

Jak widać na zdjęciach poniżej, opisywany rezonator to rzeczywiście "goła" płytka, ale zapewniam, że działająca prawidłowo. Na razie stoi na parapecie w miłym towarzystwie dwóch kwiatków. Intensywne próby empiryczne zaś trwają...

Zaś po dwóch tygodniach...
Mogę napisać, że wpływ rezonatora Schumanna na odbiór dźwięku, ogólnie rzecz ujmując - jest. Niemniej jednak, oddziaływanie to jest mocno subtelne i, jakby to napisać właściwie, - zmienne w zależności od pory dnia i pogody. Poważnie. Trudno mi w tym przypadku napisać jakieś kategoryczne osądy, czy spostrzeżenia. Na pewno, to czego jestem pewien i dość wyraźnie usłyszałem, to fakt, że rezonator ma specyficzną umiejętność łagodzenia zbyt nachalnych (drażniących) wysokich tonów, które często, niezależnie od różnych par kolumn, atakowały aparat słuchu, kłuły, a po włączeniu urządzenia dało się odczuć ich stępienie, przyjemną łagodność. Czasami ulegałem też wrażeniu, że przy włączonym rezonatorze niektóre dźwięki stawały się bardziej namacalne, realniejsze, z właściwym rozmiarem oraz wymiarem. Jakby powietrze stawiało o wiele mniejszy opór niż zazwyczaj. Tak, czy inaczej - "coś" na rzeczy jest i sądzę, że każdy meloman-audiofil powinien tego sprzętu posłuchać/wypróbować osobiście we własnym pokoju odsłuchowym, bo potencjał zmian "in plus" tu na pewno jest. I to całkiem spory, choć trudno definiowalny, niełatwy do wytłumaczenia...







Przy opracowaniu powyższego tekstu korzystałem z informacji zawartych w Wikipedii.
Dużo dodatkowych wyjaśnień a'propos rezonansu Schumanna dostępnych jest TUTAJ.
Rozprawa Nicola Tesli na temat "wolnej energii" TUTAJ (509 stron w PDF).

środa, 20 czerwca 2012

Wzmacniacz lampowy Ming Da MC34-A






Przydługi wstęp, czyli rzecz o chińskiej sprawie audio
"Świat cały jest tylko błękitną wklęsłością chińskiej filiżanki” … (TU) - ten słynny cytat z „Szewców” Witkacego nabiera dodatkowych znaczeń przy kontakcie ze współczesnymi urządzeniami audio-stereo produkowanymi w Państwie Środka. Czy to się podoba reszcie świata, czy nie podoba, to tam właśnie powstaje przeważająca ich część, bo Chiny to drugie na świecie państwo pod względem Produktu Krajowego Brutto – zaraz po USA, ale już przed Japonią oraz Niemcami czwartymi w tej kategorii, z jego wolumenem jednak aż 3-krotnie mniejszym.

Chińczycy są już właścicielami takich światowych marek jak: Tannoy, Logan Audio, Luxman, Wharfedale, Audiolab, Mission, Castle Acoustics, Quad, KEF, Celestion, Peerless i wielu, wielu innych… Zresztą duża ich część skupiona jest w korporacji International Audio Group z Shenzen należąca do braci bliźniaków Chang (TUTAJ). Gdy zaś dodać informację, że zdecydowana większość współczesnych producentów audio korzysta z chińskiej siły roboczej lokując tam (lub najczęściej zlecając) produkcję swoich urządzeń, czy to całych, czy jedynie podzespołów, to początkowy cytat z Witkacego staje się więcej niż proroczy. Bo przecież takie światowe marki jak Rotel, Denon, Marantz, Yamaha, choć formalnie japońskie, to zdecydowanie większą część swojej produkcji umieszczają w Chinach Ludowych. Tytularnie brytyjskie Cambridge Audio (i należące do Audio Partnership skupiające także markę Mordaund-Short) ma na Wyspach jedynie biuro projektowe, a cała produkcja odbywa się w ChRL. Podobnie czyni kanadyjski Raysonic, czy niemiecki Swans. O Apple nawet tu nie wspominam, bo co robi ta firma z USA powszechnie wiadomo. Ponadto wiele podzespołów takich jak obudowy, kondensatory, tranzystory, głośniki, czy nawet całe zmontowane płytki i inne powstają na zlecenie Zachodu. Tak postępuje na przykład austriacki Ayon, czeski Pro-Ject, amerykański Klipsch, holenderska Prima-Luna, etc. Niestety, reguły zasad ekonomii są nieubłagane, więc aby móc utrzymać konkurencyjność, wiele firm postąpiło podobnie, a mało która oparła się pokusie relokacji produkcji. Co ciekawe, większość producentów uzasadnia swoją decyzję o przenosinach fabryk (lub produkcji) do Chin troską o klienta, by ten mógł taniej kupować ich produkty. Ot, taka to już hipokryzja, bo nie jest to najczęściej żadne obniżanie kosztów, a zwykłe zwiększanie zysków korporacji przy użyciu tańszej pracy chińskich rąk. To oczywiście nie jest żaden zarzut, ale nabywając zachodni produkt wytworzony w Chinach, można i warto nad tym się chwilę zastanowić. Dlatego też uważam, że zasadne jest kupowanie urządzeń stricte (natywnie) chińskich, bo tu nie ma mowy o obniżaniu kosztów, czy też sztucznym zwiększaniu zysków światowych korporacji, a jest za to wielki wybór rasowych i dojrzałych konstrukcji urządzeń audio o rewelacyjnej proporcji jakość/cena, a także o niesztampowym designie. Takie chińskie marki audio jak Xindak, Cayin, Opera Consonance, Jolida, Shanling czy Yaqin są już dobrze znane i uznane, opisane w recenzjach, natomiast Bada czy Ming Da mniej, co nie znaczy, że są gorsze, a jedynie, że świat jeszcze na dobre nie odkrył ich prawdziwego potencjału.

Osobnym zagadnieniem jest casus zachodnich manufaktur, które kupują w Chinach rodzime wyroby hi-fi (najczęściej lampowe), a następnie dokonują ich większego lub mniejszego apgrejdu (lub tuningu, jak kto woli) i taką rzecz sprzedają jako swoją, lecz z ceną zazwyczaj o wiele wyższą. Tak czyni na przykład brytyjskie Icon Audio (TUTAJ) z produktami Ming Da, czy też brytyjskie Pure Sound (TUTAJ) z chińskimi Bewitch… Szkoda tylko, że te firmy nie piszą w swoich materiałach informacyjnych co konkretnie poprawili w pierwotnych konstrukcjach.

Parę słów o Ming Da
Słowa „ming da” w języku chińskim oznaczają „dążenie do jak najlepszego produktu”.
Ming Da to marka należąca do firmy Meixing Electronics Factory, która powstała w 1991 roku. Jest to firma stricte rodzinna, a jej właścicielem jest pan Jigui Xiao, który jest głównym projektantem, konstruktorem, a także wielkim pasjonatem konstrukcji lampowych – uczestniczy osobiście we wszystkich etapach produkcji, a także i przy wysyłce towarów!  Firmowa siedziba położona jest w Qi’ao Island, w mieście parku hi-tech - Zhuhai w prowincji Guangdong na wybrzeżu Morza Południowochińskiego, tuż przy Makau.

Obecnie firma produkuje całą masę różnych modeli urządzeń hi-fi. Począwszy od wzmacniaczy lampowych, których w ofercie jest chyba ze 30 modeli uwzględniając w tym końcówki mocy, poprzez odtwarzacze płyt CD i plików, przedwzmacniacze gramofonowe, aż na kolumnach i wzmacniaczach słuchawkowych kończąc. Co ciekawe, firma proponuje także 5-cio kanałową lampową końcówkę mocy do kina domowego… Wzornictwo, to rzecz, która wyróżnia Ming Da spośród innych chińskich sprzętów audio, bo jest niebanalne, choć czasami odważne i przełamujące stereotyp „chińczyka” – tak ma się sprawa z serią 20th Anniversary. Piękna rzecz! Przy okazji warto wspomnieć, że Ming Da ma także własną markę lamp elektronowych, które produkowane są w bardzo bogatym asortymencie, kształtach i barwach. Bo są tu lampy w kształcie zarówno klasycznym, jak i w formie przypominającej cebulę, czy w kolorze niebieskim.

Poniżej kilka zdjęć z katalogu.






Jak można przeczytać na firmowej internetowej stronie, urządzenia Ming Da charakteryzują się następującymi cechami:

1. całe okablowanie wewnętrzne jest wykonywane ręcznie metodą „point to point” (czyli wykluczające użycie płytek drukowanych) za pomocą drutów miedzianych oraz srebrnych w izolacji z oryginalnego teflonu,
2. lampy elektronowe pochodzą wyłącznie od renomowanych dostawców (Sovtek, JJ, Electro Harmonix i Shuguang) i są starannie dopasowywane, testowane oraz wygrzewane 60 godzin przed implementacją w urządzeniach audio,
3. terminale wejściowe oraz wyjściowe produkowane są na Tajwanie, miedziane i pokrywane galwanicznie warstwą złota zapewniającą dobre parametry styku oraz odporność na utlenianie,
4. transformatory są wykonywane na miejscu w firmie, są ręcznie nawijane na rdzeń z najwyższej jakości japońskiej stali, a następnie wyprażane, zaś podzespoły dostarczane są z takich firm jak: Alps, Jansen, Philips, czy Aerovox,
5. produkty Ming Da są dostępne na całym świecie i posiadają wszelkie wymagane certyfikaty, w tym i europejski CE.

Testowany sprzęt pochodzi od polskiego dystrybutora marki Ming Da - firmy Elektropunkt.pl.

Ming Da MC34-A – budowa i właściwości
Wzmacniacz przyszedł opakowany w sporej wielkości podwójne pudło, spoczywał w nim dodatkowo opatulony grubą warstwą dość sztywnych gąbek oraz folii. W zestawie znajdują się zapakowane w osobne pudełka 4. lampy elektronowe niebieskie Jinvina EL34 (zdaje się, że produkcji własnej) oraz po 2 lampy 12AX7 oraz 12AU7 produkcji słowackiej firmy JJ Electronic. Lampy należy samodzielnie zamontować, co jest prostą i nieskomplikowaną czynnością, bo każda z nich jest opisana numerem podobnie jak miejsce ich montażu we wzmacniaczu. W komplecie znajduje się także katalog firmowy, instrukcje w języku chińskim oraz polskim, gwarancja, certyfikaty, etc. Można tu znaleźć także komplet białych bawełnianych rękawiczek oraz ściereczkę do kurzu. Co ciekawe oraz co jest niewątpliwą wartością dodaną, to fakt, że oprócz zwykłego kabla zasilającego (tzw. komputerowego) dystrybutor Elektropunkt.pl załącza także wyższej kategorii tzw. siecówkę. Bardzo miła rzecz oraz bardzo rozsądna, bo wzmacniacz lampowy przecież lubi pobierać dużo prądu.











Co tu dużo mówić - Ming Da MC34-A wygląda po prostu wspaniale. To rasowa produkcja lampowa pod względem formy oraz wzornictwa, ale wykonana perfekcyjnie. Wszystkie elementy są świetnie dobrane i poskręcane, widać, że są wysokiej jakości. Cieszy oczy szczególnie wysokiej jakości stalowa obudowa pokryta lakierem proszkowym w kolorze czarnym z metalowymi drobinkami – błyszczącymi się, ale nie za nadto, w sam raz dla optymalności wizualnej. Na panelu przednim, który jest płytą ze szczotkowanej stali anodyzowanej na czarno, zamontowano dwie metalowe gałki (też czarne) – pierwsza to potencjometr wzmocnienia, a druga – selektor źródeł. Środek frontu zajmuje podświetlany okrągły wychyłowy sygnalizator mocy pracy (VU), na którym nadrukowano logo „Ming Da’. Na panelu znajduje się jeszcze mały odbiornik IR dla pilota zdalnego sterowania, który jest wykonany z czarnego anodyzowanego metalu. Zawiera tylko podstawowe funkcje: „głośniej”, „ciszej” oraz „mute”. Brak tu możliwości wyboru źródeł.

Na górze wzmacniacza zamontowano klatkę ochronną na lampy wykonaną ze plastikowych, lekko żółtych, lecz przezroczystych szczebelków, które tworzą dość skomplikowany przestrzenny twór, aczkolwiek jak na tego typu konstrukcję – efektowny. Lampy elektronowe osadzone są na dodatkowej stalowej płycie zamontowanej na górze pokrywy. Muszę przyznać, że rząd niebieskich lamp EL34 na tle dostojnej czerni wzmacniacza wygląda wprost zabójczo i trudno nie ulec urokowi tej kompozycji – szczególnie po zmierzchu. To ma w sobie coś pięknego i wręcz magicznego. Z tyłu pokrywy umieszczono 3. puszki ukrywające transformatory – na środkowym na górze znajduje się wymalowane logo „Mei Xing Audio”.

Włącznik/wyłącznik sieciowy znajduje się na lewym boku u samego końca – nie jest to szczęśliwa lokalizacja, bo często w tym miejscu trudno manipulować ręką, szczególnie jeżeli wzmacniacz nie stoi na wierzchu szafki, a w jej środku. Na panelu tylnym zamontowano 3. pary solidnych terminali głośnikowych a’la WBT – jedna para główna oraz dwie osobne dla impedancji 4 i 8 Ohm kolumn. Obok znajdują się 4. pary wejść RCA pozłacane i jak zapewnia producent, produkcji tajwańskiej. Po prawej stronie (pomiędzy terminalami głośnikowymi) umieszczono gniazdo zasilania IEC wraz z zintegrowanym szklanym bezpiecznikiem. Tuż obok zaś jest switch sieciowy 230V/110V. Wzmacniacz spoczywa na 4. solidnych nóżkach od spodu gumowych na zewnątrz pokrytych atrakcyjnym złoceniem.

Nie ma możliwości ręcznej regulacji BIAS na zewnątrz urządzenia. W tym celu należy zdjąć dolną pokrywę, bo punkty regulacji BIAS są ukryte wewnątrz wzmacniacza (widoczne na drugim zdjęciu poniżej). Masa urządzenia to 22,5 kg.

Kiedy odkręcić obudowę, oczom ukazuje się bardzo ładny obraz. To przede wszystkim piękny montaż okablowania ścieżek sygnałowych metodą "point to point" (tzw. pająk) - jak w najlepszych (i droższych) lampach typu Leben czy Cary Audio. Żadnych płytek drukowanych, które nie są rekomendowane w warunkach pracy lamp, czyli przy wysokiej temperaturze (tu zrobiono tylko mały wyjątek dla jednej niewielkiej płytki zdalnego sterowania w centralnej części). Są tu proste ścieżki, logicznie poukładane przy pomocy przewodów, kabli oraz, co też jest nietypowe w tej kategorii cenowej, przy zastosowaniu nieizolowanych miedzianych grubych drutów. Jak w topowych brytyjskich urządzeniach lampowych!














Warunki testu
Moim aktualnie ulubionym wzmacniaczem zintegrowanym jest norweski Hegel H100, który niedawno zastąpił Accuphase E-213. Jak Hegel H100, wg mojej opinii, gra można przeczytać TUTAJ. Od kilku lat słucham na głośnikach Vienna Acoustics Mozart Grand, które ciągle mnie czarują swym niepowtarzalnym dźwiękiem i barwą. Odtwarzacz płyt CD to top-leader Musical Fidelity A1 CD-PRO, a gramofon Clearaudio Emotion z wkładką MC Audio-Technica AT-F3/III (test TU). Uważam ten system za dobrze dobrany, optymalnie zestrojony i właściwie grający. Ostatnio uzupełniłem go o kable polskiej manufaktury Audiomica Laboratory z nowej serii Excellence, które spowodowały delikatną poprawę, choć zauważalną w dziedzinie poprawy szczegółowości oraz większej swobody dźwięku i jego naturalności. Testuję także obecnie ukraiński przetwornik cyfrowo-analogowy N-Audio DAC-3 Plus (test TU), który sposobem gry dogania konstrukcje o wiele bardziej renomowanych i znanych firm. Ale o tym innym razem. Piszę o moim systemie, by Czytelnik dokładnie wiedział, w jaki sprzęt towarzyszący został „włożony” wzmacniacz Ming Da MC34-A, który naturalnie zastąpił Hegel H100 – ten stał się natomiast amplifikacją odniesienia (porównawczą).

Nie dokonywałem żadnych zmian w substancji lamp Ming Da, wszystkie to fabrycznie dostarczone egzemplarze - Jinvina EL34 oraz 12AX7 i 12AU7 produkcji słowackiej firmy JJ Electronic.

Pokój odsłuchowy - około 30 m2 średnio umeblowany, na drewnianej podłodze dywan wełniany IKEA, na ścianach 10. paneli akustycznych Vicoustic Wave Wood (test TU). Głównie słuchane płyty CD podczas testu na zdjęciu poniżej.



Dźwięk
Na początek do odtwarzacza płyt CD włożyłem płytę Włocha Mario Biondiego „Due” (Tattica SRL – 2012 r.). Od razu można było spostrzec, że scena dźwiękowa była odpowiednio szeroka, a różne instrumenty towarzyszące brzmiały bardzo naturalnie, w szczególności fortepian i saksofony. Co istotne, przestrzeń dawała daleko idące poczucie jej głębokości, może nie tak spektakularnej jak w Hegel H100, ale wywierająca korzystne wrażenia a’la „koncertowe”.  Głos Biondiego, który operuje pięknym głębokim barytonem w stylu Barry’ego White’a pełen był subtelności, ale przede wszystkim był realnie namacalny, bo wspaniale kreślony, doskonale wyodrębniany z muzycznego tła, a przez to bliski i realnie obecny. A do tego pełen słodkiego ciepła (typowego dla lamp) oraz swoistej żarliwości, która często przechodziła nawet w stany ekstatyczne. To zjawisko można tłumaczyć endogenną cechą zastosowanych i dostrojonych ze sobą lamp elektronowych, które powodują naturalną redukcję wyższych harmonicznych częstotliwości, co wywołuje bardzo naturalny dźwięk, o strukturze leżącej po stronie ciepłej i neutralnej.

Na płycie kolejnego Włocha tym razem Enzo Torregrossy w projekcie Zone „Metade” (CD Baby 2011r) melancholijny głos portugalskiej wokalistki Heliosy Lourenco został pokazany znakomicie przez Ming Da, który podkreślił dodatkowo tembr oraz piękną barwę wokalu. Już nawet nie chcę pisać, że głos Heliosy zabrzmiał ciepło i seksownie, bo dla lampy to oczywistość. Natomiast muszę podkreślić, że fascynująco przestrzennie był lokowany zespół prowadzony przez lidera Torregossę, nawiasem mówiąc kontrabasistę. Wszechobecne w pokoju uderzenia talerzy dobiegające ze wszystkich kierunków dawały poczucie ogromnej przestrzeni, natomiast bardzo delikatny rozpad akordów plastycznie wyrażanego fortepianu stanowił trzon nagrania, a także kontrastował z dźwiękiem trąbki oraz saksofonu, które najlepiej by określić jako radosne, pogodne. Cała płyta dostarczyła wiele niekłamanej radości ze słuchanej muzyki, która zawsze była nie tylko dobrze całościowo reprodukowana przez wzmacniacz, ale co najważniejsze - z dużym oddechem, estetycznym realizmem i poczuciem właściwej skali instrumentów, bez przerysowań, czy rażących podkolorowań. Żywiołowo, ale naturalnie.

Z kolei, na winylu Davida Bowiego „Let’s Dance” (EMI 1983 r.) dało się odczuć przede wszystkim dobrą spójność i harmonię dźwięku, świetne i koherentne współistnienie wszystkich jego zakresów i podzakresów, a do tego dobrze i wyraźnie zaznaczane na osi współrzędnych przestrzeni odsłuchowej. Tu panował wielki porządek oraz systematyczność w rozumieniu następowaniu po sobie wrażeń trójwymiarowych, ich pełni oraz skali pogłosu. Niestety, były też i niedociągnięcia, bo jak się okazało Ming Da nie jest mistrzem rozdzielczości i rozbudowana sekcja dęta była raczej „dociśnięta” do siebie niż otwarta, trudno było niektóre jej instrumenty dokładnie wyekstrahować z tła, usłyszeć pojedynczo. Ale to zjawisko nie było dokuczliwe, można z tym żyć, bo i tak przekaz był odbierany jako wiarygodny – gdybym wcześniej nie słuchał tej płyty na wzmacniaczu Hegel H100, to być może nawet bym się w tej mniejszej rozdzielczości Ming Da nie zorientował, bo jest niemęcząca. Naturalnie odbierana. Warto zwrócić uwagę, że wzmacniacz nie ma problemów z głośnym graniem. Nastawiłem stronę „B” płyty Bowiego i odkręciłem potencjometr na 2/3 skali. Nie zaobserwowałem żadnej przykrej kompresji, strat w jakości, czy buczenia w głośnikach. Wszystko było dalej dokładnie poukładane, instrumenty porozdzielane, wokal na przedzie – żadnych przykrych skutków, czy przesterów – po prostu było głośniej. Super!

Kolejną czarną płytą był winyl z muzyką elektroniczną – Igor Boxx „Breslau” (Ninja Tune 2010r) zawierający dużo mrocznej i gęstej muzyki. Może muzyka nie zabrzmiała doskonale rozdzielczo, lecz jak na elektronikę i tak było więcej niż nieźle. Dużo szczegółów było słyszalnych bez problemu, jednak część pozostała gdzieś tam daleko w tle, lekko tylko zaznaczonych lub na granicy percepcji. Za to dużą rekompensatę przynosił bas, który był bardzo skupiony, sprężysty i miło zmuszający membrany głośników do uroczych „mlasknięć” i sporych wychyłów. Ogólnie można powiedzieć, że reprodukcja niskich tonów to bardzo silna strona Ming Da, bo bas zawsze był organiczny, prężny i nisko schodzący. Potężny, „mięsisty”, ale i zwinny oraz wyoblony. Dobrze artykułowany, nieprzesadzony.

Konfiguracje z 5-cioma parami kolumn
Najlepiej i najprzyjemniej słuchało mi się w zestawie z kolumnami Vienna Acoustics Mozart Grand plus odtwarzacz płyt CD Musical Fidelity A1 CD-PRO przez przetwornik N-Audio DAC-3 Plus. Tu było najwięcej przestrzeni, dosadnej spektakularności oraz dźwięcznych instrumentów podpartych dodatkowo pięknym basem. Nieco gorzej było przy odsłuchach z gramofonu Clearaudio Emotion – tu scena ciut zwężała się.

Bardzo ładnie Ming Da współpracował z polskimi kolumnami Divine Audio Electra 2 (test TU), które producent rekomenduje do lampy (wysoka skuteczność 91 dB) – tu przekaz był ładnie harmonijny o plastycznej, holograficznej przestrzeni oraz z dobrze nasyconą średnicą. Niestety, rozdzielczość nie zawsze była doskonała, ale i tak na wysokim poziomie jakościowym. Dodatkowo basy tu brzmiały raczej w stylu monitorowym, a w zasadzie w stylu dużych monitorów, bo niskie tony były dość bogate, ale nigdy w nadmiarze. Obcięte mniej więcej w 1/3 od dołu.

Kiedy przyłączyłem brytyjskie Spendor A5, przecież niewskazane do lampy (niska skuteczność 86 dB) mezaliansu specjalnego nie było, a to dobrze świadczy o wzmacniaczu, bo nawet tak trudne kolumny poprawnie i gładko wysterował, choć uczciwie trzeba przyznać, że ich wspólny dźwięk nie był najwyższych lotów. Trochę kuły tony wysokie, bo jakiś lekki „bałagan” tam się wytwarzał od czasu do czasu, ale i tak było lepiej niż myślałem.

Ming Da bardzo chętnie natomiast pracował z monitorkami Usher S-520, które też są wymagające względem jakości amplifikacji i ilości dostarczonych watów. Jednak to zestawienie okazało się być na wskroś przyjemne, bo synergistyczne. Ushery S-520 otrzymały sporą dawkę mocnego basu, a same zapewniły dobrą, przejrzystą średnicę oraz całkiem nieźle detaliczną górę. Klasyczna sytuacja „win-win”.

Nadspodziewanie dobrze wypadły polskie kolumny Pylon Sapphire, które mają aż 90 dB skuteczności przy łatwym obciążeniu 8 Ohm. To zestawienie zaproponowało piękną harmonię dźwięku, jego właściwą i żywą propagację, a także niewymuszoną elegancję objawiającą się płynnością przekazu o mocnym, ale nie  przesadzonym, silnym bitem. Poza tym bardzo podobała mi się średnica - gęsta i wystarczająco szczegółowa, a także basy - nisko schodzące, dobitne, ale nie buczące. Super jak za cenę kolumn około 3000 zł.








Podsumowanie
Ming Da ma przede wszystkim dobrze wyważone proporcje pomiędzy muzykalnością a detalicznością, bo jeżeli na jednej szali wagi hipotetycznie położyć przyjemność odsłuchów, ich niemęczący charakter oraz dobrze reprodukowaną muzykę, a na drugiej - analityczność oraz głęboki, szczegółowy wgląd w substancję nagrań to wskazówka przechyla się na tę pierwszą. Niemniej jednak ten wzajemny stosunek muzykalność/detaliczność jest dobrze skalkulowany i choć kompromisowy, to bardzo korzystny dla ogólnego odbioru muzyki. Dodam, że niezbyt wyszukana detaliczność w tej cenie wzmacniacza jest rzeczą normalną, bo lampowiec aby zagrał super szczegółowo oraz rozdzielczo to i kosztować musi sporo więcej.

Po drugie, Ming Da to wspaniale zaznaczone basy, fantastycznie sprężyste i lampowo „okrągłe” – tak, to chyba jest najlepsze na nie określenia. Niskie tony mają poza tym wyczuwalną wielopłaszczyznowość, dodatkowo nie nikną od razu, nie są krótkie, bo wybrzmiewają jeszcze przez chwilę nim zgasną. Trzeba zaznaczyć, że dźwięczność jest po prostu wspaniała, dynamika energetyczna i całkiem wciągająca. Choć jej rozszerzenie po obu końcach spektrum jest nieco obcięte, to na pewno bije podstawowe konstrukcje tranzystorowe o spory dystans, pułap.. Gdyby nie jego niezbyt doskonała rozdzielczość i zawoalowana szczegółowość można rzec, to śmiało mógłby konkurować nawet z Heglem H70. Poza tym, opisywany lampowiec ma to „coś” w swoim dźwięku – piękną, czarującą barwę, która nakazuje słuchać, słuchać i słuchać bez opamiętania. Naprawdę dobra robota, Panie Jigui Xiao!

Na koniec tej części dodam, że słyszałem wiele wzmacniaczy w cenie około 2000 – 4000 zł i muszę szczerze (i bez żadnego przymusu) przyznać, że Ming Da MC-34 A to jest wyjątkowo dobre urządzenie, które swoim klasowym dźwiękiem wręcz hipnotyzuje i zadziwia. Ostatnio na pewno wielce pozytywne wrażenie na mnie wywarły też Xindak MT-3 (test TU) oraz Yaqin MC-100B (test TU), które mają bardzo ładną barwę oraz spory potencjał rasowego dźwięku.

Konkluzja
  1. Wzmacniacz Ming Da MC34-A to przykład rzetelniej roboty. Piękny „lampowy” design – nieprzesadzony „po chińsku”, ale wyważony, stonowany i estetyczny. Szczególnie zwraca uwagę wysokiej jakości czarny lakier obudowy z drobinkami błyszczącego metalu oraz anodyzowany na czarno panel przedni i nakładka na górnej pokrywie. Poza tym Chińczykom udało się skonstruować taką klatkę ochronną na lampy, która zazwyczaj szpeci urządzenie, tu autentycznie zdobi.
  2. Ponad zwyczajnie wysokiej klasy montaż wewnętrzny. Wszystkie połączenia wykonane są techniką „point to point”. Żadnych tanich płytek drukowanych. Coś nieprawdopodobnego w tej klasie cenowej, bo gdyby to był SET Cary Audio na 300B, to była by oczywistość, ale ten kosztuje przecież około 20 000 zł, a nie jak Ming Da – 4000 zł…
  3. Dźwięk spektakularny, koncertowy można rzec, aczkolwiek nieprzytłaczający, nie nachalny. Raczej można określić go jako organiczny. Piękna bogata średnica – gorąca i żarliwa, pełna uczuć i słodyczy. Wokale reprodukowane są fenomenalnie, podobnie jak i instrumenty typu fortepian, saksofon czy gitara. Dźwięcznie i realistycznie.
  4. Wysokie tony mało rozdzielcze, choć na przyzwoitym poziomie - akceptowalnym i niebudzącym sprzeciwu u piszącego te słowa. Generalnie, można napisać, że Ming Da nie jest mistrzem rozdzielczości, ale coś za coś. Bo gdy posłuchać występującej tu harmonii dźwięków, to łatwo wybaczyć te niedociągnięcia, czy braki – jak kto woli.
  5. Niski tony – po prostu piękne. Sprężyste i obfite, lecz nierozlewające się. Dobrze kontrolowane i punktualne - żadnych, za przeproszeniem, "klusek".
  6. Przy cenie około 4000 zł, wzmacniacz nie ma większych wad, a w zasadzie same zalety. Na pierwszym miejscu piękna czysta barwa plus dobra kompozycja przestrzeni. Na drugim zaś, endogenna, aczkolwiek tradycyjna, lampowa sygnatura dźwięku. A co istotne, wszystkie nagrania na Ming Da brzmią dobrze, nawet te gorzej zrealizowane.
  7. Pełna i zasłużona rekomendacja. Należy koniecznie wziąć pod uwagę ten wzmacniacz przy wyborze amplifikacji do kwoty 5000-7000 zł, co najmniej.
Dane techniczne
Na stronie dystrybutora marki Ming Da firmy Electropunkt.pl: TUTAJ.

Europejska strona MingDa: TUTAJ.
Jak wygląda produkcja Ming Da: TUTAJ.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...